Kto zarabia na biednych? "Czerpanie zysków z najbiedniejszego placu przyczep w mieście wymaga talentu"

Plac College*

Lenny Lawson wyszedł ze swojego biura na placu przyczep kempingowych, żeby spalić pall malla. Dym z papierosa wznosił się nad jego wąsem, mijał bladoniebieskie oczy i znikał gdzieś nad czapką bejsbolową. Lenny spojrzał nad dachy rzędów przyczep ustawionych ciasno jedna przy drugiej na wąskim pasie asfaltu. Niemal wszystkie przyczepy ustawione były równolegle, o kilka kroków od siebie. Niedaleko znajdowało się lotnisko - nawet wieloletni mieszkańcy placu zadzierali głowy, kiedy błyskające spodami kadłubów samoloty przelatywały nisko, aż szyby drżały w oknach. Lenny żył tu od urodzenia, już czterdzieści trzy lata, a przez ostatnich dwanaście był tu zarządcą.

Wiedział, że ćpuny mieszkają głownie w północnej części placu, a ci, którzy ciągnęli podwójne zmiany w restauracjach czy domach opieki, najczęściej na południu. Złomiarze i zbieracze puszek trzymali się blisko wejścia na plac, a ci z najlepszymi posadami - spece od piaskowania elewacji, mechanicy - zebrali się w snobistycznej części, na zapleczu biura, gdzie przyczepy miały zawsze pozamiatane schodki i stały przed nimi doniczki z kwiatami. Wszędzie można było trafić na kogoś na zasiłku, a także na tych starych, którzy, jak to ujął jeden z mieszkańców placu, "kładli się spać z kurami i z kurami wstawali". Lenny próbował trzymać przestępców seksualnych w pobliżu ćpunów, ale nie zawsze się udawało. Jednego musiał ulokować w sąsiedztwie tych dwuzmianowych. Na szczęście facet nigdy nie opuszczał przyczepy ani nawet nie odsłaniał żaluzji. Ktoś co tydzień dostarczał mu żywność i inne niezbędne produkty. (...)

REKLAMA fot. Shutterstock

Plac przyczep College znajduje się na peryferiach dzielnicy South Side, przy Szóstej Ulicy, niedaleko skrzyżowania z College Avenue. Po jednej stronie ciągną się wyrobiska piaskowni, zarośnięte wybujałymi drzewami i krzakami, po drugiej jest plac dużego dealera ciężarówek. Do najbliższej stacji benzynowej czy fast foodu trzeba iść piętnaście minut. W pobliżu znajdują się także inne place przyczep, otoczone uliczkami, przy których stoją skromne domy z jasnej cegły, o ostro spadzistych dachach. W tej części Milwaukee mieszka biała biedota. (...)

Lenny zgasił butem papierosa i schylił się, żeby nie zawadzić o futrynę drzwi do biura ulokowanego w środku szerokości placu, niedaleko jedynej bramy wjazdowej. Było to ciasne pomieszczenie bez okien, zawalone papierami, oświetlone gołą żarówką wkręconą w gniazdko na suficie. Stare sprzęty - faks, kalkulator i komputer - miały na obudowach tłuste ślady. Latem pod cieknącym klimatyzatorem rozpełzała się na cienkiej purpurowej wykładzinie mokra plama. Zimą cicho burczał piecyk elektryczny, ustawiany na odwróconym plastikowym wiaderku. Przez lata Lenny dodał do wystroju nieco ozdobników: jelenie poroże, plakietę reklamową piwa Pabst Blue Ribbon, plakat ze zrywającym się do lotu, spłoszonym bażantem.

- Hej - przywitał się z Susie, siadając za biurkiem. (...) - Tu masz swój zasiłek dla bezrobotnych - powiedziała do jednego z listów Susie. - Weź może zapłać jakiś czynsz, co?...

Jak babka nie zacznie płacić, to długo już tu nie pomieszka. Może się wynieść z powrotem na South Side albo żyć w getcie.

Drzwi biura otworzyły się, do środka boso wmaszerowała pani Mytes, siedemdziesięciojednolatka, która trzymała się bardzo prosto i wcale nie wyglądała na zgrzybiałą. Pod burzą białych jak wata włosów miała pobrużdżoną zmarszczkami twarz i ani jednego zęba.

- Cześć, babcia - odezwał się z uśmiechem Lenny. Podobnie jak wszyscy inni mieszkańcy placu, miał panią Mytes za wariatkę.

- A wiecie, co dziś zrobiłam? Wywaliłam do śmieci jeden rachunek! - Pani Mytes spojrzała na niego z ukosa, oczami osadzonymi w pomarszczonej twarzy. Niemal wykrzyczała te słowa.

- Hm. Naprawdę? - odpowiedział Lenny, patrząc na nią.

- Głupia nie jestem!

- Hm, no tak. To ja mogę znaleźć dla pani więcej rachunków. Może pani popłacić moje.

- Ha!

fot. Shutterstock

Pani Mytes wyszła na dwór, by rozpocząć kolejny dzień wędrówek z wózkiem sklepowym i zbierania puszek. Rachunki opłacała z zasiłku. Zebrane puszki sprzedawała, żeby moc dawać swojej niedorozwiniętej umysłowo dorosłej córce parę groszy na coś dobrego, a jeśli uzbierała ich naprawdę dużo, na wyprawę do fast foodu.

Lenny uśmiechnął się i wrócił do papierkowej roboty, czekając, aż znów otworzą się drzwi. Ludzie, których gdzie indziej słuchano jednym uchem, u Lenny'ego mogli liczyć na pełną uwagę. To do niego należało pilnowanie spłat czynszu i zgłaszanych napraw, to on miał weryfikować kandydatów na lokatorów i rozdawać powiadomienia o eksmisji. Jednak jego rolą było także słuchanie, co na placu piszczy, żeby wiedzieć wszystko: kto jest na bieżąco, a kto zalega, kto jest w ciąży, kto lubi mieszać metadon z pigułkami przeciwbólowymi, komu właśnie wypuścili chłopaka z więzienia. "Czasem jestem psychiatra - lubił żartować - a czasem największy buc we wsi".

Zagrożenie

Właścicielem placu przyczep był niejaki Tobin Charney. Mieszkał ponad sto kilometrów od Milwaukee, w Skokie w Illinois, ale odwiedzał plac codziennie z wyjątkiem niedziel. Susie płacił pięć dolarów za godzinę i obniżył jej czynsz do czterystu czterdziestu dolarów. Od Lenny'ego w ogóle nie brał czynszu, a rocznej pensji płacił mu trzydzieści sześć tysięcy, gotówką. Tobin miał reputację człowieka elastycznego i wyrozumiałego, ale nikt nie uważał go za frajera. Był to twardy gość o wiecznie przymrużonych oczach i twarzy bez uśmiechu, szorstki w obejściu i energiczny. Miał siedemdziesiąt jeden lat, tyle samo co pani Mytes, i regularnie ćwiczył, w bagażniku swojego cadillaca woził torbę z rzeczami na siłownię. Nie kumplował się z lokatorami, nie śmiał się z ich żartów, nie czochrał włosów dzieciom. Nie udawał kogoś innego, niż był w rzeczywistości.

Jego ojciec żył z wynajmu mieszkań, w pewnym momencie miał ich niemal sześćset. Tobinowi wystarczał tylko ten jeden adres i sto trzydzieści jeden przyczep. Jednak w ostatnim tygodniu maja 2008 roku okazało się, że może to wszystko stracić.

Żaden z pięciu członków Komisji Koncesyjnej Milwaukee nie zgodził się na wznowienie mu koncesji na prowadzenie placu przyczep. Na czele ataku stanął radny Terry Witkowski, wieloletni mieszkaniec South Side o różowawej twarzy i srebrnych włosach. Witkowski podkreślił, że w ciągu dwóch ostatnich lat Wydział Służb Komunalnych odnotował tam siedemdziesiąt przypadków naruszeń prawa budowlanego. Wspomniał, że tylko w ciągu ostatniego roku dwieście sześćdziesiąt razy wzywano na plac policję. Twierdził, że plac stał się ostoją handlu narkotykami, prostytucji i przemocy. Jak zauważył, brak podłączenia do sieci sprawił ostatnio, że szambo wybiło i rozlało się pod dziesięcioma przyczepami. Komisja Koncesyjna uznała plac w jego obecnej postaci za "zagrożenie biologiczne dla środowiska". Miasta, zwanej w Milwaukee "Radą Gminy". Jeśli postanowienie Komisji Koncesyjnej zostanie utrzymane, Tobin straci źródło dochodów, a jego lokatorzy - dach nad głowami.

Kryzys w 2008 roku sprawił, że wiele rodzin zostało eksmitowanych ze swoich domów (fot. Shutterstock)

W tym momencie pojawili się ludzie z mediów, z fryzurami na żel i mocowanymi na ramionach kamerami, które wyglądały zupełnie jak broń. Przeprowadzali wywiady z mieszkańcami, wśród których znaleźli się też wygadani krytycy Tobina.

- Robią z nas w mediach jakieś tępe kundle - powiedziała do Tiny Mary. Rozmawiały obok przyczepy tej pierwszej.

- Powiedzieli, że jesteśmy "hańbą dla South Side" - odparła Tina.

Obie mieszkały na placu od lat, obie miały silne, ogorzałe twarze.

- Mój syn nie mógł przez to spać - podjęła Mary. - To samo ja i mój mąż... Przecież wiesz, że ciągnę dwie roboty. Ciężko pracuję. No i, prawda, i tak nie stać mnie na przeprowadzkę.

Podeszła do nich pani Mytes i niemal wetknęła nos w nos Tiny. Ta cofnęła się o krok.

- Ten sukinsyn! - zaczęła pani Mytes. - Zadzwonię do mojego radnego i dam mu do słuchu! O, ten sukin...(.)

- A słuchać, że mamy się wynieść na North Side, wcale nie jest przyjemnie - powiedziała. - To nie żarty.

Zadygotała nieco i umknęła spojrzeniem, żeby powstrzymać się od płaczu. I to było sedno sprawy, tego właśnie najbardziej obawiali się mieszkańcy placu. Kiedy Mary, Tina, pani Mytes i cały plac mówili o konieczności wyprowadzki, mieli na myśli to, że mogą stanąć w obliczu konieczności przeprowadzki do getta czarnych. Susie była jedną z kilkorga mieszkańców, którym zdarzyło się już żyć na North Side - jej dorosły syn został tam napadnięty przez typa z pistoletem.

- Radny mówił, że to slumsy, jak w getcie - pieniła się. - Widzieliście wy kiedyś getto?! Przez ten stres miała takie skurcze brzucha, że syn chował przed nią tabletki przeciwbolówe w obawie, żeby nie przedawkowała.

Do ostatecznego głosowania nad losem placu przyczep zostało dziesięć dni. Lokatorzy urządzili więc grilla dla dziennikarzy, zaczęli wydzwaniać po lokalnych członkach parlamentu stanowego, ćwiczyć mowy, które zamierzali wygłosić przed Radą Gminy. Śmieciarz Rufus, o starannie przystrzyżonej rudej bródce i nieobecnych błękitnych oczach, spisał swoje myśli i robił próby przemówienia: "A wtedy zapytam: 'Komu zdarzyło się zalegać z czynszem na pięćset dolarów?'. I podniosą się ręce. A ja mogę wtedy dalej: 'Na siedemset? Na tysiąc?'. I każdy by podniósł rękę". Rufus chciał zakończyć swoje wystąpienie słowami: "To nie kamienicznik z getta. To nie jest zły człowiek".

Kto zarabia na biednych?

Gdyby przemowa nie zadziałała i plac miał zostać zamknięty, Rufus zamierzał dobrać się do przyczep z diaksem, przynajmniej zarobiłby na sprzedaży aluminium.

fot. Shutterstock

"Tobinacja"

Tobin nie szedł na udry z lokatorami. Zgadzał się na płacenie po kawałeczku. Kiedy tracili pracę, niektórym pozwalał odrabiać czynsz. Bywało, że mawiał do Lenny'ego: "Może i nie płacą na czas, ale to dobrzy ludzie". Jednej lokatorce pożyczył pieniądze, żeby mogła pojechać na pogrzeb matki. Gdy policja aresztowała pijaczków, którzy pracowali przy koszeniu trawy i zbieraniu śmieci na placu, Tobin zapłacił za nich kaucję.

Rzadko zdarzało się, żeby ustalenia z negocjacji Tobina z tym czy owym lokatorem zostały spisane, bywało więc, że Tobin pamiętał jedno, a oni drugie. Lokatorka twierdziła, że jest mu winna sto pięćdziesiąt dolarów, on, że dwieście pięćdziesiąt czy sześćset. Raz Tobin zapomniał, że jeden z lokatorów zapłacił mu za rok z góry po tym, jak wygrał w sądzie odszkodowanie za wypadek przy pracy.

Mieszkańcy placu mieli na to krótkie określenie: "tobinacja". Najczęściej składali to na karb jego wieku albo roztargnienia, choć roztargnienie Tobina działało tylko w jedną stronę. Czerpanie zysków z najbiedniejszego placu przyczep w mieście wymagało swoistego talentu, specyficznej inicjatywy. Tobin stosował prostą strategię. Podchodził do takiego narkomana, złomiarza czy babci inwalidki i mówił: "Dawaj moje pieniądze". Walił do drzwi, póki lokator mu nie otworzył. Tego, że ktoś znajdował się w przyczepie, w zasadzie nie dało się ukryć. W ogóle niewiele dało się tu ukryć. Susie wiedziała, kiedy kto otrzymywał czek z zasiłkiem, bo to ona wkładała pocztę do skrytek. A Lenny dobrze wiedział, kto miał dość pieniędzy, żeby kupować sobie papierosy czy piwo, czy nowy rower dla dziecka, ale na czynsz jakoś nie wystarczało.

Kiedy lokator otwierał drzwi, Tobin wyciągał rękę i mówił: "Masz coś dla mnie?". Czasami bębnił przez kilka minut. Czasem chodził dokoła przyczepy, tłukąc dłonią w aluminiowe panele. Czasem prosił Lenny'ego czy innego lokatora, by ten dobijał się do tylnych drzwi, kiedy sam szturmował od frontu. Dzwonił do lokatorów w ich miejscu pracy, niekiedy nawet rozmawiał z ich przełożonymi. Jeśli to do niego dzwonili pracownicy opieki społecznej czy kapłani, mówiąc "Proszę" czy "Niech pan chwilkę zaczeka", odpowiadał krotko: "Zapłaćcie mi czynsz". Tobin nie zamierzał nikomu zapomnieć ani darować zaległych setek czy tysięcy dolarów, nie zgadzał się na zapłatę połowy tego, co mu się należało, ani nie schodził ze stawki za wynajem przyczepy poniżej cen rynkowych. Kiedy lokatorzy zaczynali się spóźniać z zapłatą, miał trzy wyjścia. Mógł sobie odpuścić i patrzeć, jak maleją mu wpływy, zacząć postępowanie eksmisyjne lub rozpocząć negocjacje.

Wyjście pierwsze - żadne wyjście. Tobin robił w tej branży, żeby mieć na życie, a gdyby wykazywał się zbytnią wyrozumiałością, mógłby zbankrutować. A jednak nie eksmitował też większej części tych, którzy byli mu winni pieniądze. Wyrzucanie lokatorów i ściąganie nowych to także koszty. Przeciętnie w danym miesiącu czterdziestu spośród lokatorów Tobina miało u niego zaległości - niemal trzecia część najemców z placu. Średnio zadłużenie takiego lokatora wynosiło trzysta czterdzieści dolarów.

A jednak Tobin w każdym miesiącu eksmitował tylko paru lokatorów. Wynajmujący nieruchomości mógł być zbyt miękki lub zbyt twardy, ale zyski płynęły do tych, którzy znaleźli złoty środek, wybierali trzecie wyjście, i lokatorzy Tobina byli mu za to wdzięczni, choć niekoniecznie od razu.

fot. Shutterstock

Eksmisja

(...) Wkrótce do skrytki pocztowej Larraine wpadł list z Biura Szeryfa Milwaukee. Na jasnożółtej kartce wydrukowany był tekst następującej treści:

Słowa te przeraziły Larraine. Pięćdziesięcioczterolatka, mieszkała samotnie w czystej białej przyczepie, choć modliła się, że któregoś dnia zamieszka razem z dwiema dorosłymi córkami i wnuczkiem, którzy obok Boga znajdowali się w centrum jej wszechświata. (...)

Woniejąc potem i octem, ze zmierzwionymi brązowymi włosami, Larraine weszła do biura, w ręce miętoliła żółte pismo niczym ścierkę do naczyń. Po krótkiej wymianie zdań Tobin wyprowadził ją na zewnątrz i zawołał Susie.

- Susie, Susie! - darł się.

- Co jest, Tobin?

- Zabrałabyś ją do banku, co? Wyciągnie jakieś pieniądze na czynsz.

- No to chodź - rzuciła Susie, szparko ruszając w stronę samochodu.

Gdy Susie i Larraine wróciły, Tobin siedział w biurze i przeglądał papiery.

- Ile? - zapytał Susie.

- Mam czterysta - odpowiedziała Larraine.

- Nie odwołuję eksmisji - powiedział Tobin, nadal patrząc na Susie. Larraine wciąż była mu winna sto pięćdziesiąt dolarów za ten miesiąc.

Larraine po prostu stała w milczeniu. Tobin obrócił się w jej stronę.

- Kiedy doniesiesz mi te ostatnie sto pięćdziesiąt?

- Wieczorem, dobra...

Tobin wszedł jej w słowo:

- Dobra. Oddasz Susie albo Lenny'emu.

Ale Larraine nie miała tych pieniędzy. Sto pięćdziesiąt dolarów z tego, co miała na czynsz, wydała na opłacenie zaległego rachunku za media z nadzieją, że z powrotem podłączą jej gaz. Chciała wziąć gorący prysznic, zmyć z siebie smród. Chciała poczuć się czysta, może nawet znów trochę jakby ładna, tak jak to było kiedyś, gdy dla facetów tańczyła na stolikach, gdy jej córki były jeszcze malutkie. Pragnęła, by gorąca woda ukoiła bóle fibromialgiczne - uczucie, które porównywała do "miliona noży" wbijanych w plecy. Miała recepty na leki lyrica, celebrex, ale nie zawsze wystarczało jej pieniędzy, żeby je wykupić, mimo dopłaty z ubezpieczenia. Pomogłaby gorąca woda. Jednak sto pięćdziesiąt dolarów nie wystarczyło. We Energies zainkasowało pieniądze, ale gazu nie podłączyli. Larraine czuła się jak kretynka przez to, że im zapłaciła.

Susie wystawiła pokwitowanie na pierwszym lepszym świstku i podpięła je do powiadomienia o eksmisji Larraine.

- Powinnaś podejść do siostry, poprosić, żeby pożyczyła ci resztę - zaproponowała, podnosząc słuchawkę faksu i wybierając numer, który znała już na pamięć.

- Tak? Halo? Chcę zgłosić wstrzymanie eksmisji z placu przyczep College - powiedziała pracownikowi Biura Szeryfa. - Chodzi o Larraine Jenkins, przyczepa numer W46. Opłaciła czynsz.

Susie odwołała wizytę ludzi szeryfa, ale Tobin mógł w każdej chwili ściągnąć ich z powrotem, jeśli Larraine nie spłaci tego, co była winna.

Larraine wróciła do przyczepy w kwaśnym nastroju. Wewnątrz było tak gorąco, że podejrzewała, że nawet z prysznica lałaby się letnia woda. Nie włączała wentylatora, od wentylatorów dostawała tylko zawrotów głowy. Nie otworzyła okna. Siedziała po prostu na kanapie. Zadzwoniła do paru lokalnych firm pożyczkowych. Po kilku nieudanych próbach, tępo patrząc w podłogę, oznajmiła:

- Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Położyła się na kanapie, usiłując zignorować upał, i zasnęła.

Książka Matthew Desmonda ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy (mat. prasowe)

*Fragment książki "Eksmitowani" Matthew Desmonda w tłumaczeniu Tomasza S. Gałązki. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Matthew Desmond - profesor socjologii na uniwersytecie w Princeton. Autor czterech książek. Za Eksmitowanych uhonorowany Nagrodą Pulitzera w 2017 roku i kilkunastoma najważniejszymi nagrodami za wybitne osiągnięcia w dziedzinie literatury faktu. Jest głównym badaczem w grupie The Eviction Lab zajmującej się eksmisjami. Jego badania skupiają się na kwestiach ubóstwa, życia w mieście, niepewności mieszkaniowej, polityki publicznej, nierówności rasowych i etnografii. Otrzymał stypendium "Geniuszów" Fundacji MacArthura i stale współpracuje z "New York Times Magazine". W 2016 roku znalazł się na liście Politico 50 jako jedna z pięćdziesięciu osób mających największy wpływ na debatą polityczną w USA.