„Zofia ratowała ludzkie życia w szpitalu covidowym. Sąsiedzi postanowili się jej pozbyć. Bali się, że przyniesie zarazę”

„Zofia ratowała ludzkie życia w szpitalu covidowym. Sąsiedzi postanowili się jej pozbyć. Bali się, że przyniesie zarazę”

fot. Adobe Stock, pololia

Pan Andrzej schodził po schodach ciężko i jak zwykle mruknął swoje „dzień dobry” tak, jakby już samo wydobycie głosu kosztowało go nazbyt wiele. Jego twarz pozostawała nieruchoma, zastygła w grymasie wiecznej niechęci do całego świata. Zawsze tak wyglądał, a przynajmniej od trzydziestu lat, kiedy się tu wprowadziłam. Pomyśleć, że był wtedy facetem w sile wieku i nawet całkiem przystojnym, a już zachowywał się jak staruch. Jakże ja współczuję jego żonie, zawsze uśmiechniętej pani Ali. Znosi takiego dziada dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok. Ja bym nie wytrzymała...

– Sąsiadko, chcę o coś zapytać!

Aż się wzdrygnęłam. Nie chciało mi się z nim gadać.

– Ta pielęgniara, wie pani, z parteru… - teraz już obniżył swój bas i zawrócił w moją stronę, żeby się znaleźć bliżej, a ja natychmiast odruchowo cofnęłam się.

– Tak? – spytałam niechętnie.

– No więc ta baba – powiedział jeszcze ciszej, zmuszając mnie do niebezpiecznego wychylenia się w jego stronę – to ona leczy tych chorych, wie pani, tych z koronawirusem.

– Ach, tak? Nie wiedziałam – mruknęłam bez zainteresowania.

– No, a jak! Przecież pracuje w zakaźnym szpitalu, to wiadomo od dawna.

– Być może. I co w związku z tym?

– W związku z tym może nas wszystkich tutaj pozarażać. Ja już nieraz na ten temat myślałem, wcześniej, przed pandemią. Że przecież ona różne świństwa znosi i naraża sąsiadów. Jak to tak można! No ale teraz… Teraz to niedopuszczalne.

– Ależ panie Malak! Nikomu to nigdy nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Z tego, co wiem, robiła zastrzyki niejednemu z nas, jak trzeba było. Albo inaczej pomagała. To bardzo uczynna osoba, nawet pieniędzy nigdy od nikogo nie wzięła ani prezentu żadnego.

– Może. Tylko, widzi pani – ciągnął niemal szeptem – kiedyś była inna sytuacja, a teraz jest inna. Świat się zmienia na naszych oczach, co ja będę pani mówić, sama pani wie. I niekoniecznie nam tu potrzebna w bloku taka osoba. Ona dotyka klamki od drzwi, domofonu, poręczy, ściany, światło zapala na klatce. Jej dzieci mogą się spotkać z innymi dziećmi…

Nie miałach ochoty wchodzić z dziadem w tę szeptaną pogawędkę. Dlatego milczałam.

– …Te jej smarkacze będą roznosić koronę po całym podwórku. I osiedlu. Zobaczy pani.

– Pani Zofia jest doświadczoną pielęgniarką i na pewno niczego nam tu nie znosi, prędzej już pan coś przyniesie ze sklepu niż ona ze szpitala – powiedziałam w końcu.

Popatrzył na mnie jak na idiotkę.

– No, chyba się nie dogadamy – mruknął. – A zawsze mi pani wyglądała na całkiem sensowną osobę. I moja żona tak dobrze się o pani wypowiadała.

– Przykro mi, że pana zawodzę – mruknęłam.

Miałam dosyć. Marzyłam o tym, by uwolnić się od typa jak najszybciej.

– W każdym razie – znowu przybrał minę człowieka obrażonego na cały świat – jest tutaj taka sąsiedzka inicjatywa, ale się pani pewnie do niej nie przyłączy.

– Inicjatywa? Jak się ona ma do pani Zofii?

– Ano tak, że chcemy ją stąd wykurzyć.

Zażądali, by się wyprowadziła

Miałam wrażenie, że mi się to śni.

– Nie na zawsze, oczywiście – ciągnął sąsiad. – Przecież nie o to nam wszystkim chodzi, żeby mieszkanie sprzedawała, ale przecież mogłaby się gdzieś przenieść na ten trudny okres, prawda? To chyba nie są jakieś wielkie wymagania, żeby w obliczu pandemii ktoś, kto ma na co dzień do czynienia z chorymi, zamieszkał w jakimś hotelu czy może przy szpitalu mają jakieś pokoje, nie wiem. Jak będzie musiała, to sobie da radę, na pewno.

– A co to znaczy „będzie musiała”? – wykrztusiłam.

– No, taki warunek zamierzamy jej postawić. Albo się wyniesie, albo ciężko pożałuje, że tu mieszka. I zbieramy podpisy pod petycją. Ale coś mi się wydaje, że pani struga świętą...

– Tak. Niczego nie podpiszę. W życiu. Ja nawet nie rozumiem, jak można coś takiego wymyślić. To mi się nie mieści w głowie.

– Bo pani głowa widać za ciasna na tego typu rzeczy – burknął.

– Ciasna, powiada pan? A mnie się wydaje, że ciasne głowy to mają ci, którzy na taki pomysł wpadli. Żeby szykanować ludzi niosących pomoc innym, ryzykujących własnym życiem…

– Sęk w tym, że ryzykują również naszym. Ale my się na to nie godzimy! Jak się pani nie boi, to niech pani do niej idzie, kawkę z nią wypije, buzi da na do widzenia. My się boimy i nie będziemy się narażać!

Teraz już głośno krzyczał, aż zza drzwi wychyliła się młoda żona Jacka. I powiedziała:

– Sąsiad ma świętą rację!

Chyba podsłuchiwała i słyszała całą naszą rozmowę, bo dodała z oburzeniem w głosie:

– A pani niech jej tak nie broni. Łatwo udawać szlachetną, gdy się nie ma starych rodziców pod opieką ani dzieci, ani w ogóle żadnej rodziny. Pani najwyżej sama się rozchoruje i najwyżej umrze, skoro pani chce, ale niektórzy czują się odpowiedzialni za bliskich!

Czułam, że zaczynam się trząść, że za chwilę wybuchnę płaczem, że nie wyduszę z siebie jednego słowa więcej, więc rzuciłam tylko, nie odwracając głowy i energicznie pokonując kolejne stopnie:

– Nie zamierzam na ten temat dyskutować. To haniebne, co mówicie. Wstyd.

Drżącymi rękami sięgnęłam po klucze, ale nie byłam w stanie trafić w dziurkę. Dlatego wciąż słyszałam dalszy ciąg ich rozmowy, mimo że starałam się wcale nie słuchać.

– Ta to zawsze była wyniosła. Wielka pani nauczycielka!

Ileż pogardy zawarła w tym jednym słowie żona mojego byłego ucznia.

– Taaa, uważają się za lepszych od innych, najmądrzejszych na świecie. Wydaje im się, że każdego trzeba pouczać.

– A bida aż piszczy, zwłaszcza teraz na emeryturze, hi, hi. Jak jesteś taka mądra, to pokaż swój portfel!

Zatrzasnęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie, nagle wycieńczona ze wzburzenia. Tylko spokojnie – pomyślałam. Tylko spokojnie.

Ostatnio mam poważne kłopoty z sercem, muszę się oszczędzać, a już na pewno unikać zdenerwowania. Ale żeby tak o mnie powiedzieć… Myślałam, że ludzie mnie szanują, że jako była nauczycielka polskiego w liceum mam jakiś tam autorytet. W końcu mieszkam pośród tak zwanej inteligencji. To chyba do czegoś zobowiązuje? Czyżbyśmy aż tak spsieli?

Szybko się opanowałam. No tak, w tej chwili to już nie chodzi o mnie i co na mój temat sąsiedzi wygadują. Chodzi o tę pielęgniarkę, która i tak teraz zanurzona jest w piekle. Biedna kobieta. Starczy jej przeżyć. Trzeba jakoś się z nią zsolidaryzować, a być może po prostu pomóc, jeśli rzeczywiście ci ludzie wystąpią ze swoim kuriozalnym pomysłem.

Na pewno więcej sąsiadów myśli tak jak ja, trzeba ich zebrać i zmobilizować do działania. Tylko, co konkretnie mogę zrobić? Postanowiłam pogadać z sąsiadami. Zaczęłam od zaprzyjaźnionej pani Eli.

– Elu, czy ty słyszałaś o tej „sąsiedzkiej inicjatywie”? – spytałam.

– Masz na myśli sprawę pielęgniarki? – od razu wiedziała, o co chodzi. – Wiesz, raczej małe szanse, żeby tu coś udało się zdziałać. Kobieta ze zmęczenia ryje nosem po ziemi, nie chce z nikim gadać.

– Ale o czym tu gadać? – nie zrozumiałam.

– Jak o czym? Właśnie o tym. Żeby coś sobie wynajęła na czas pandemii.

– Elka, oszalałaś? Pielęgniarka miałaby „coś sobie wynajmować”, bo nam się tak zachciało?! – nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

– To raczej nie jest niczyja zachcianka. Za tym stoją bardzo poważne obawy ludzi. Chyba przyznasz, że nie są bezzasadne –mówiła to takim tonem, jakby rozmawiała z naiwnym dzieckiem.

To ma być „po dobroci”?

Pożegnałyśmy się lodowato. Próbowałam jeszcze rozmawiać z kilkoma innymi sąsiadami. Ku mojemu zaskoczeniu, a właściwie zgrozie, wszyscy mówili mniej więcej tak samo: „Przecież mogłaby się czasowo wyprowadzić, to chyba nic takiego”.

– Słuchaj – zwróciłam się do Janusza, matematyka, który uczy nadal w „mojej” szkole – tu nie chodzi o to, czy ona ma się gdzie wyprowadzić, czy nie ma, czy to jest dla niej problem, czy nie, chociaż myślę, że jest i to duży. Tu chodzi o społeczną solidarność. Ta kobieta walczy o ludzkie życie jak żołnierz na wojnie, nie wiem… Brakuje mi słów. My powinniśmy ją wspierać, a nie szykanować!

– Nie przesadzaj. Przecież nic złego się nie dzieje. Trzeba po prostu grzecznie ją poprosić, by się wyprowadziła. I tyle. Włos jej z głowy nie spadnie. Ani korona, he, he.

– Świetny dowcip, Janusz. Gratuluję dobrego humoru – głos mi drżał.

Poczułam się naprawdę bezsilna. Zawsze uważałam Janusza za przyzwoitego człowieka.

Dwa dni później znów natknęłam się na klatce na Andrzeja. Tym razem to ja zaatakowałam:

– I co tam słychać, panie sąsiedzie? Jak tam wasza „inicjatywa”?

– A, tak sobie. Gadaliśmy z tą panią, ale nie była już taka miła – mruknął w odpowiedzi.

– Mam nadzieję, że was pogoniła – oznajmiłam z satysfakcją.

– Chyba tylko pani jedna jest po jej stronie w tym bloku. Wiele nie zdziałacie. W końcu i tak będzie musiała się wynieść. Już my się o to postaramy.

Co oni wymyślili? Nie dawało mi to spokoju. Zdecydowałam się jeszcze raz pogadać z Elką. Tym razem będę z nią rozmawiać podstępnie – postanowiłam. Udam, że się dałam przekonać i wyciągnę z niej, co knują sąsiedzi. Trochę mi to zajęło, bo potraktowała mnie nieufnie. Była obrażona i nabzdyczona. W końcu jednak nie wytrzymała, bo to z natury gadatliwa istota.

– Przecież krzywdy nikt jej nie zrobi, Janko. Jesteśmy cywilizowani, nie będziemy jej bić czy napadać na nią bezpośrednio, a już broń Boże, na dzieci. Można coś zrobić w białych rękawiczkach. Dać jej do zrozumienia, jak bardzo jej tu nie chcemy. Jak jesteśmy zdesperowani...

– Tak, w ten sposób to można działać – mruknęłam – w białych rękawiczkach to zupełnie co innego.

Starałam się ukryć sarkazm. Udało mi się.

– No właśnie – ucieszyła się. – Jej samej na pewno nic się nie stanie.

Pukałam do pani Zofii kilkakrotnie, nikt mi nie otworzył. A przecież widziałam jej auto na parkingu. Pojechała do pracy innym, a może zwyczajnie nie chciała ze mną gadać? Skąd mogła wiedzieć, że pragnę jej pomóc? Musiała czuć się nieźle zaszczuta.

Dwa dni później dotarła do mnie wiadomość, że w nocy ktoś przebił wszystkie opony w jej samochodzie. Następnej nocy drzwi jej mieszkania pokryły się obraźliwymi napisami. Chciałam zadzwonić na policję. Ale cóż by to dało? Nie byłam w stanie wskazać, kto z sąsiadów dokonał tych czynów. W jakimś sensie – my wszyscy. Długo nie mogłam pozbyć się smaku goryczy w ustach.

Rzeczywiście się wyprowadziła, podobno do matki. Sąsiedzi triumfowali.

– Każdego można przekonać. I to właściwie po dobroci – orzekł pan Andrzej. – I co się było pieklić? Wreszcie jesteśmy bezpieczni. Sama pani to przyzna, pani profesorko.

Nie odpowiedziałam. Przestałam się do sąsiadów odzywać, przestałam odpowiadać na ich „dzień dobry”. Najchętniej sama bym się stąd wyniosła. Tylko dokąd?

Zobaczyłam ją kilkanaście dni później, przez okno. Przemykała chyłkiem obładowana pudłami. Nawet z wysokości dwóch pięter widać było, jak przeoraną ma twarz. Zmęczoną, smutną, zestresowaną. I te przygarbione ramiona, ona, zawsze taka prościutka. Biedna. Serce mi się ścisnęło.

Chciałam zbiec, objąć ją, przytulić, rozpłakać się głośno, prosić o wybaczenie. Tylko co by to dało? Czy bym jej w czymś pomogła? Nie czułam się współwinna temu, co się stało, ale wstyd i tak mnie od środka palił. I pali mnie nadal, gdy przechodzę obok jej drzwi, ciągle jeszcze nieumytych. Ostatnio na balkonie jej mieszkania pojawił się baner: „Na sprzedaż”.

Czytaj także:„Mój brat to kanalia. Jestem samotną matką, a on moim kosztem zbił majątek. Znów dałam się oszukać, naiwniaczka”„Chciałam, żeby przyjaciółka ułożyła sobie życie, ale nie z moim synem. Złapała go na dziecko i zgrywa zakochaną”„Siostra kazała mi jechać 600 km tylko dlatego, że nasz 80-letni ojciec wygrał kasę i nie chciał się nią podzielić”

Tagi: Opowiadania, Z życia wzięte, prawdziwe historie