"Zabiłaś mamę, foliaro" – powiedział, gdy zmarła na COVID w szpitalu - Kobieta

"Zabiłaś mamę, foliaro" – powiedział, gdy zmarła na COVID w szpitalu - Kobieta

— Mamo, nigdzie nie pójdziesz, to zwykła grypa. Z grypą się nie chodzi, trzeba leżeć. Pamiętasz, co mówiła dr A.? Że miała pacjenta, który chodził z grypą do pracy i zmarł na zawał? Więc leż i przestań panikować. Pij gorąca herbatę z cytryną i imbirem, nie wychodź spod kołdry, musisz się wypocić — prosiłam, gdy mama gorączkowała, kaszlała i chciała wybrać się do rejonowej przychodni — wspomina Anna.

Bo rzeczywiście wyglądało to na zwykłą grypę. A mama Anki nie bardzo miała gdzie się zarazić. Nie spotykała się z nikim, zakupy robił mąż i dzieci — Anka i jej bracia Wojtek i Maciek. — Jak już było z mamą źle, to okazało się, że jednak się z kimś spotkała. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej, to może by wszystko potoczyło się inaczej. Zadręczam się tym — mówi Anka. Od jakiegoś czasu pod jej domem stoi namiot, w którym każdy może zrobić test bez wysiadania z samochodu. Gdy go mija, wszystko się przypomina...

Raka się leczy, nie panikuj

Rok 2019, jeszcze przed pandemią. — Lekarzowi omsknie się ręka, wbije mi skalpel w oko i stracę — mama Anki panikuje przed operacją zaćmy. — Nie mogłam uwierzyć w to, że mama mówi takie głupoty. Na szczęście wytłumaczyłyśmy jej z okulistką, że to niemożliwe, bo tę operację robi się z pomocą ultradźwięków, więc się zgodziła. Po wszystkim, gdy okazało się, że to moment i bez bólu, zaczęła mówić wszystkim, że wreszcie na spacerze wie, komu odpowiada na "dzień dobry" i nawet płyty chodnikowe widzi wyraźnie. I namawiała na ten zabieg wszystkie starsze koleżanki — wspomina Anka.

W rodzinie zapanowała chwila spokoju, ale tylko na miesiąc. — Ojciec ma raka! — mama Anki zadzwoniła do córki, potem do synów. — Mamo, raka się leczy, nie martw się na zapas! — uspokajałam ją. Ale jak się rozłączyliśmy, usiadłam na podłodze, bo nie miałam siły stać. Skulona płakałam i płakałam. Potem wstałam i zaczęłam działać jak automat. Zawsze tak mam — opowiada. Na braci w tamtym czasie nie miała co liczyć. W internecie to potrafią znaleźć film na Netflixie, buty na Zalando, ewentualnie jakąś część do samochodu na Allegro i OLX. Anka ma nadzieję, że nie pornografię, choć nie zdziwiłaby się.

Foto: Archiwum prywatnePod jej domem stoi namiot, w którym każdy może zrobić test bez wysiadania z samochodu. Gdy go mija, wszystko się przypomina...

Onkologa wyobrażała sobie inaczej

Kartę DILO załatwiła ojcu w jeden dzień, potem przeszukiwała fora dla pacjentów onkologicznych, by znaleźć polecanych lekarzy. Udało się, tyle że ten, który miał najlepsze opinie, przyjmował w Krakowie. To tam ojca zawiozła. Sama — mamy nie chcieli brać, uznali, że to "nie na jej nerwy i serce", a bracia się wycofali — Wojtka dwuletnie córka miała ciężką anginę, a Maciek miał tego dnia event w pracy, który prowadził.

— Nie winię ich, to były faktycznie losowe sprawy, bo widziałam, że przeżywali strasznie, co dzień byli u rodziców, co dzień wydzwaniali do mnie, mówili, że jakby były potrzebne pieniądze na lekarzy, na leki, to kwota nie gra roli — opowiada Anna.

Droga do Krakowa. Anka myślała, że pokonają w milczeniu, że ojciec będzie zdołowany. Ale nie był, albo dobrze się maskował. Wybierał płyty w samochodzie, przez pół drogi słuchali Cyndi Lauper, bo ona uwielbiała ją jako nastolatka. Pod koniec trasy tato się rozkleił. Zaczął przepraszać Ankę za to, że był nieobecnym ojcem. Ona mu przerywała: "Tato, daj spokój, mieliśmy spoko dzieciństwo, jesteś świetnym dziadkiem!". Głupio jej było, bo to z tym nieobecnym ojcem to była jej śpiewka od czasu terapii. Ojcowie koleżanek z pracy byli dużo gorsi.

Kraków, poczekalnia w przychodni. — Lekarz otworzył drzwi gabinetu, spod rozpiętego fartucha wystawała niebieska koszula i miał okulary w pomarańczowych oprawkach. Inaczej wyobrażałam sobie onkologów. Pierwsza myśl to było rozczarowanie, że to jakiś miglanc z Instagrama — mówi Anka.

Ale najważniejsze było to, co później. Diagnoza: "To zwykły gruczolak, tomografia pokazała, że bez cech złośliwości. Proszę powtórzyć USG za trzy miesiące, ale myślę, że będzie ok. To tzw. znalezisko — przypadkowo odkryty guzek. Mógł go mieć pan od lat, może od dzieciństwa. Nikt nigdy nie zrobił panu USG, więc pan sobie z nim spokojnie żył". — Ulga, której nie da się opisać — wspomina Anka. — Nie spodziewałam się, że dwa miesiące później pogotowie zawiezie ojca do szpitala na sygnale. I okaże się, że ma zawał. I że nadaje się do by passów — dodaje.

— Mama jak zawsze w panice, bracia nie wyglądali na specjalnie przerażonych, gdy zbliżał się zabieg. Chyba po tym fałszywym alarmie z rakiem już nic nie wydawało się straszne — mówi Anka. A może rodzina się już przyzwyczaiła, że od opieki zdrowotnej w rodzinie jest ona.

Wzięła dzień urlopu z pracy i warowała na szpitalnym korytarzu, gdy tato miał zabieg. W tym czasie wypiła kilka kaw z automatu, a aplikacja w telefonie pokazała, że zrobiła 6 km spaceru po szpitalnym korytarzu. Potem dopadał kardiochirurga, który operował tatę. "Komplikacji nie było, pacjent czuje się dobrze" – usłyszała. W rodzinie nastał zdrowotny spokój na dwa lata.

Na teleporadzie mówiła, że węch ma

Maj 2021, teleporada. To właśnie wtedy mama Anki dostała gorączkę, katar i kaszel. Mąż, czyli tato Anki podstawił jej pod nos puszkę z kawą i perfumy Armaniego, które dostała od dzieci na Wigilię. Mówiła, że czuje, więc uznali, że to nie COVID.

Nie mieli pojęcia, że mama kłamie. "Nie chciałam was denerwować" — powie później. Ale na razie wszyscy orzekli, że to musi być grypa, z którą lepiej nigdzie nie chodzić, tylko wyleżeć. Gdy okazało się, że herbata z miodem jednak nie pomaga, mąż zarejestrował żonę do internisty na NFZ. Na teleporadę.

Lekarz zapytał, czy jest szczepiona, usłyszał, że nie. I że mama Anki nigdzie nie wychodziła, że nie straciła zapachu, ale i tak polecił, żeby nie tylko się obserwować, ale i zrobić test. No i kupić pulsoksymetr. I się czujnie obserwować. Pulsoksymetr kupili, testu nie zrobili.

— Mama mówiła, że zapachy czuła, COVID był mało prawdopodobny. Bo przecież gdyby to był koronawirus, ojciec już dawno byłby chory, ja i bracia też, bo mieszkamy w jednym domu, tyle że wejścia mamy osobne z różnych stron ogrodu, ale widzimy się codziennie i dotykamy tych samych klamek. A mama mówiła: "Zamkną was wszystkich na kwarantannie do czasu wyniku. A w piekarni mówiła ekspedientka, że jak miała podejrzenie COVID, to czekała na wynik parę dni. I że i tak to bez sensu, bo robią wszystkim te tanie — kasetkowe, które i tak dają w połowie wyniki fałszywie dodatnie" — opowiada Anka.

— Może jednak źle, że się nie zaszczepiła — powiedział ojciec Anki. Sam się zaszczepił, tak, jak Anka i jej bracia. — Teraz i tak za późno, przecież nie można w trakcie infekcji, to po co gdybać — odpowiedział Maciek, brat Anki. To ona odradziła mamie szczepienie. To znaczy nie całkiem, ale mówiła, że po co się spieszyć, zawsze lepiej, jak szczepionka jest dłużej na rynku, bo każda wersja będzie na pewno ulepszona.

— Tyle się wtedy słyszało o kolejnych krajach, które coś testują, kombinują. Nie wiedziałam, co będzie lepsze — Astra, czy Pfizer, a tu nagle wprowadzili tę jednodawkową Jonsona, więc uznałam, że im dłużej poczekamy, tym dostaniemy lepszą szczepionkę. Wojtek to ciągle coś łapał, jego żona i córeczka też — jak nie grypę, to chrypę, to anginę. Maciek raz w roku też się przeziębiał. A mama i ja nigdy, więc po co miałyśmy się tak spieszyć? Jeden z sąsiadów się nie zaszczepił, a ma non stop kontakt z ludźmi, bo jest listonoszem, znajomy taksówkarz jeździł bez pleksi od roku i też nic. Mówił tylko, że nie pije, nie pali, je czosnek i biega, ale rekreacyjnie, a nie żeby się katować, bo to na odporność przeciwskuteczne. I nic, a jego żona ciągle kwęka i to kicha, to kaszle, to coś ją boi i wciąż biega po lekarzach, na USG.

Foto: Archiwum prywatneZa tą śluzą zaczyna się oddział COVID-owy szpitala MSWiA w Warszawie

A jego córka, młoda lekarka, gdy jeszcze nikomu nie śniła się szczepionka na COVID, też powtarzała, że najważniejsza jest własna odporność — zdrowe odżywianie, wysypianie się, unikanie alkoholu i nie przemęczanie, a do tego dystans, maska w tramwaju i częste mycie rąk. Jak już przez rok pandemii nikt w naszym domu nie zachorował, byłam pewna, że już tak będzie — opowiada Anka.

Mama ma COVID nie grypę

Parę dni po teleporadzie mamie Anki się pogorszyło. Gwałtownie. Bo choć czuła się coraz słabiej z każdym dniem, to jednak saturacja była cały czas 92-95, a wiedzieli, że u palaczy i tych POChP to może być norma. A mama wciąż paliła, tylko tato rzucił po zawale.

Aż nagle tąpnęło. Mama zaczęła się dusić. Ojciec zadzwonił pod 112, a potem do Anki. Była już po pracy, na kawie u koleżanki z pracy. Miały zdalną, dawno się nie widziały na żywo i wreszcie postanowiły się zobaczyć po miesiącach. Spotkanie trwało 25 min.

Widget Moneteasy

— Już ją zabrali do szpitala! — przywitał Ankę ojciec. — Dobrze, że zadzwoniłem po pogotowie, choć mama cały czas mnie powstrzymywała, że panikuję i że nas obciążą za niepotrzebne wezwanie karetki! — dodał. Nie miał pojęcia, że nikt nikogo za takie coś nie obciąży. I że lekarze od miesięcy nawołują w mediach, żeby ludzie nie czekali do ostatniej chwili.

— Mama ma COVID, nie grypę. Przyznała się ratownikowi, że nie czuje zapachu, że nas okłamała. Jeden z ratowników ją przycisnął, nachylił się nad nią w masce "kosmity" i wysyczał, że mówi do niej inaczej niż policjant na filmie, że wszystko, co teraz powie, może być użyte przeciwko niej, ale że wszystko, czego im nie powie, może ją zabić. No i powiedziała — relacjonował wizytę pogotowia ojciec. — Mama nie chciała, żeby Wojtek z Maćkiem znowu na nią napadli, że cię Aniu posłuchała i się nie zaszczepiła. I jeszcze powiedziała, że spotkała się z koleżanką, do której przyjechała wnuczka z Niemiec. I że ta wnuczka już wróciła, by była tylko na długi weekend, ale że już po przylocie do Niemiec okazało się, że ma koronawirusa. Mama się bała przyznać, a do tego koleżanka, czyli babcia tej dziewczyny nie zachorowała, więc nie chciała robić afery — dodał ojciec. Zadzwonili do koleżanki babci. Ta ich uspokoiła, że się nie zakaziła, że czuje się świetnie, a wnuczka też coraz lepiej i przechodzi COVID w domu w Niemczech, jest na izolacji z mężem. I tak całą rodziną trafili na kwarantannę. Para sąsiadów robiła im zakupy. — Reszta nas olała, nawet nie dzwonili. Czuliśmy się jak trędowaci — wspomina Anka.

Kocham was, opiekujcie się tatą, jak zejdę

Potem nastąpiło 21 najdłuższych dni ich życia. Mama Anki trafiła na oddział zakaźny, ale czternaście dni później już na OIOM. I tak miała szczęście, że zwolniło się łóżko. Czy gdyby zwolniło się dzień wcześniej, wciąż by żyła? Nikt tego nie wie.

Nim została zaintubowana, miała pierwszą i ostatnią rozmowę z dziećmi od czasu, gdy trafiła do szpitala. "Kocham was dzieci! Bardzo. Opiekujcie się tatą, jak zejdę. A ty Wojtusiu opiekuj się z Maćkiem Anią" — mama mówiła, a właściwie rzęziła na FaceTime do telefonu pielęgniarki. Sama nie miała smartfonu, tylko starą Nokię i zawsze upierała się, że jej to wystarcza, a bateria długo trzyma.

— Ucieszyłam się, że pielęgniarka taka ludzka, że dała mamie swój telefon, żebyśmy się zobaczyli. Nie pomyślałam nawet, że to zły znak. To był czas, gdy Ministerstwo Zdrowia co dzień podawało liczbę zgonów, ale i liczbę wolnych respiratorów. Nikt z nas nie interesował się tym, ile osób wychodzi z COVID-owego OIOM-u o własnych siłach, a ile wyjeżdża do kostnicy. Byłam spokojna o mamę. Wiedziałam, że koronawirus atakuje płuca, a jej "płucami" jest teraz respirator. Dopóki w szpitalu będzie tlen, mama będzie bezpieczna — mówi Anka.

W COVID-owym szpitalu umierała sama

To Anka odebrała telefon, że mama zmarła. Choć dotąd ze szpitala dzwonili tylko do ojca. Raz pielęgniarka, że zabierają ją na intensywną terapię, a wcześniej ratownik, ten, który zabrał ja do karetki, powiedział, że już jest na SOR-ze, że mamie zrobili wymaz, że czekają na wynik, i że zabiorą ją na tomografię płuc, że potwierdzić wynik i że dalej to już będzie informował lekarz.

— "Dzień dobry, dzwonię ze szpitala… Czy rozmawiam z córką Haliny X., Anną X.?" — usłyszałam kobiecy głos i przed oczami zobaczyłam mroczki. Moja mama nie żyła… — wspomina Anna.

W rodzinie zapanowała rozpacz. Ale wcześniej niedowierzanie, a potem skakanie sobie do oczu. Do dziś relacje między Anką i braćmi są napięte.

— Zabili ją tam. Gdyby nie pojechała do szpitala, wyszłaby z tego w domu, tak jak wiele osób — mówił wtedy ojciec.

— Wyszłaby z tego, gdyby się zaszczepiła, tato. To Anka zabiła mamę! — powiedział Wojtek. I odwrócił się w stronę Anki: — Zabiłaś mamę, foliaro! — dodał. A Maciek płacząc zaczął mówić, że dziadek kolegi z pracy leżał w szpitalu na COVID i rodzina co dzień była pod szpitalem. Przekazywała listy do dziadka, laurki od wnuczków. A cioci innego, też wiekowej, bo już po 80., wcisnęli do ręki iPhona, jak jechała karetką. Żeby był z nią kontakt, że choć nie umiała go używać, to zawsze mogła poprosić kogoś młodszego na oddziale, żeby zadzwonił za nią i włączył kamerę.

— Nie pomyśleliśmy o tym, mama umierała sama — mówił Maciek. — A ojciec rozpłakał się, bo nie przyszło mu do głowy, żeby mamie choć ptasie mleczko, które tak lubi przekazać do szpitala i herbatę jaśminową, no i jeszcze książkę, którą zostawiła na stoliku nocnym w domu — doczytane do połowy "Testamenty" Margaret Atwood. — Powiedziałam ojcu, że jakie to ma teraz znaczenie, zresztą mama i tak nie miałaby siły czytać — wspomina Anka.

Może gdyby nie COVID i tak by zmarła

Dalsza rodzina też obwiniła Ankę. — Nigdy nie byłam żadnym antyszczepionkowcem. Z tą "foliarą" to było przegięcie, choć rzeczywiście szukałam artykułów o tym, czy długie rozmowy przez telefon komórkowy nie powodują guza mózgu i znajdywałam sprzeczna informacje, nie umiałam zweryfikować ich źródeł. Ale nie zamierzałam owijać sobie głowy folią, żeby nie dopadło mnie 5G, bez żartów — opowiada Anka.

— Po prostu miałam wątpliwości, każdy może je mieć. Ale po śmierci mamy rodzina jechała po mnie tak, że gdyby mogli, to chyba zaraziliby mnie COVID-em, miałam wrażenie, że chcieliby, żebym to ja zmarła, zamiast mojej mamy. Wtedy to było dla mnie potworne, bo też czułam, że może, gdybym nie siała tych wątpliwości, nie zwlekała ze szczepieniem... Dziś myślę, że rodzina miała poczucie winy, że w czasie, gdy mama była w szpitalu, prawie nikt z nich nie zadzwonił do nas zapytać, jak się czuje i czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Jak leżała w domu chora, dzwonił tylko wujek i ta koleżanka, od której wnuczki mama się prawdopodobnie zaraziła COVID-em — dodaje. I jeszcze, że nie wiadomo, co byłoby gdyby…

Foto: Prywatne archiwumPróbówka oznakowana, że to pobrano do niej materiał zakaźny

— Mama miała przecież różne czynniki ryzyka, nie wiadomo, czy po szczepieniu nie dostałaby zakrzepicy czy innych poważnych problemów. Wiem, że to przypadki raz na ileś milionów, że ktoś umarł po szczepieniu, ale zawsze można być tym przypadkiem, tak jak można mieć szczęście — milion w Totolotka też przecież ktoś wygrywa. Myślę, że może śmierć była jej i tak wtedy pisana, czy by się szczepiła, czy nie, to np. wpadłaby pod samochód. Słaba to pociecha, ale łatwiej mi tak żyć — dodaje Anka.

Ministerstwo Zdrowia wydało beznamiętny komunikat

Mamie Anki nie zabrakło tlenu, respirator spełnił swoją rolę bez zarzutu. Dostała zatoru płucnego. — W jakiejś żyle czy tętnicy zrobił się skrzep, urwał się i zatkał główne naczynie — coś takiego powiedzieli nam lekarze. I że podawali jej profilaktycznie heparynę, bo dziś przyjmują ją nawet młodzi ludzie, którzy siedzą w domu ze złamaną nogą.

Osoby leżące na intensywnej terapii COVID-owej pod respiratorem dostają ją z automatu. Tylko że choć są procedury, nigdy nie wiadomo do końca, czy u tego konkretnego pacjenta dawka jest idealnie trafiona. Za mała grozi udarem niedokrwiennym, za duża — krwotocznym. Tak przynajmniej zrozumiałam słowa lekarza i to, co udało mi się znaleźć w internecie — wspomina.

— A mama mogła mieć skłonność do udaru, bo od lat miała podwyższony cholesterol, cukrzycę i miażdżycę. Lekarz rodzinny tłumaczył jej na początku, że może to wyregulować zmianą diety i ruchem. Nie chciała, nie umiała niczego sobie odmówić na dłużej. Ani chleba ze smalcem i wódeczką. Wtedy dostała tabletki na zbicie tych przekroczonych parametrów. Nic z tego, brała je może przez pierwszy tydzień, potem już tylko sporadycznie — opowiada Anka.

Dzień po śmierci mojej mamy Ministerstwo Zdrowia podało, jak co dzień beznamiętny komunikat: "Mamy X potwierdzonych przypadków zakażenia #koronawirus z województw: mazowieckiego(...). Z powodu COVID zmarło X osób, natomiast z powodu itp. współistnienia COVID-19 z innymi schorzeniami zmarło Y osób". Moja mama była wśród prawie 300 osób, które zmarły w ten majowy dzień o świcie.

Nekrolog rodzina Anny wywiesiła na płocie, ale nie zamieściła w gazecie. — To był dla nas taki szok, że nie chcieliśmy, żeby dowiedział się cały świat. Zresztą i tak przecież na pogrzebie wtedy mogło być najwyżej 50 osób. Nie było nawet tyle. Połowa rodziny wystraszyła się COVID-a, większość sąsiadów też. Do dziś mam do nich żal, udaję, że nie widzę, żeby nie mówić im dzień dobry — mówi Anka. Z braćmi też unika kontaktu, a oni z nią, choć mieszkają w jednym domu. Spotykają się tylko u ojca, ale trochę na siłę, tylko dla niego.

— Nie widziałam mamy w trumnie, bo była zaplombowana. Strasznie mnie to bolało, że nie pożegnałam jej chociaż po śmierci. Teraz myślę, że to jedyny plus pandemii. Ta jej śmierć wydaje mi się taka abstrakcyjna, jakby w ogóle nie nastąpiła, jakby mama wyjechała. Ojciec chyba też tak czuje. Bo w ich sypialni wciąż leży ta Atwood, w korytarzu kapcie i sandałki, a na półeczce pod lustrem szczotka z zaplątanymi w niej włosami. Wiem, że tato i bracia myślą to, co ja, że może gdyby się zaszczepiła to by żyła. Ale może i tak dostałaby udar, ale lżejszy i do dziś leżałaby jak warzywo w domu, albo w hospicjum. Wiem, że mama by tego nie chciała — mówi Anka.

Autorka tekstu jest też autorką książki "Oddział Zakaźny. Historie bez cenzury", w której pielęgniarki, lekarze i ratownicy opowiadają o tym, jak pandemia zmieniła ich pracę i życie rodzinne. Kontakt: agnieszka.sztyler-turovsky@redakcjaonet.pl