Pożegnanie Jędrzeja Millera (1937-2021)

Pożegnanie Jędrzeja Millera (1937-2021)

Dziennikarz „Petro Echa”, prezes Spółdzielni DWSP „Akapit”, wieloletni sekretarz redakcji „Tygodnika Płockiego” był płocczaninem z wyboru.

Urodził się 15 września 1937 roku w Łodzi. Jego ojciec Józef walczył w kampanii wrześniowej. Dostał się do niewoli niemieckiej, był w oflagu (obozie dla jeńców wojennych). Matka Janina (z domu Wdowińska) z chwilą wybuchu wojny przeniosła się do Warszawy i zamieszkała z synem u babci na Pradze. Szybko zaangażowała się w działalność konspiracyjną w Komendzie Głównej AK, w Wydziale Lotnictwa „Bocian”. Później jako sanitariuszka, ps. „Wiga” i „Łuska” wzięła udział w Powstaniu Warszawskim. Po kapitulacji, w październiku 1944 roku, wraz z grupą kobiet została wywieziona do obozu w Zeithain. Wychowywany przez babcię chłopiec w 1945 roku rozpoczął naukę w niepublicznej szkole podstawowej w Warszawie. Trzy lata później wyjechał do matki, która po tułaczce zamieszkała w Jarocinie. Tam ukończył szkołę podstawową, a następnie liceum. W 1954 roku zapisał się na Wydział Dziennikarski Uniwersytetu Warszawskiego. Staż odbywał w redakcji „Życia Warszawy” oraz „Sztandarze Młodych” i „Nowej Wsi”. Pierwszą po studiach pracę redaktora zakładowej gazety rozpoczął w 1959 roku w Fabryce Wyrobów Precyzyjnych. Współpracował też z redakcją „Dookoła świata”. W 1960 roku przeszedł do pracy w Polskiej Izbie Handlowej. Ożenił się i razem z żoną Anną przyjechali do Płocka, który wtedy kusił perspektywami i rozmachem powstającej Petrochemii. Pierwszy zawodowy dziennikarz z dyplomem (drugim w gazecie zakładowej„Petro Echo” był Władysław Szcześniak) objął funkcję redaktora i sekretarzaredakcji. W 1970 został kierownikiem działu informacji ogólnozakładowej. W 1982 roku zaczął pracować w „Tygodniku Płockim” jako starszy publicysta. Później – sekretarz redakcji.Zbierał materiały od dziennikarzy i współpracowników, robił korektę merytoryczną i adiustację tekstów, następnie korektę po składzie i makiety. Po transformacji był inicjatorem powołania Dziennikarsko-Wydawniczej Spółdzielni Pracy „AKAPIT”, która wydawała gazetę, by zapewnić pracę zatrudnionym dziennikarzom. Deklaracja o przystąpieniu do Spółdzielni była jednoznaczna ze zobowiązaniem do solidarnej odpowiedzialności majątkowejw przypadku pogorszenia się kondycji czasopisma. Przez jakiś czas był prezesem, później redaktorem naczelnym „TP”, zastępcą naczelnego. Niewysoki, zawsze elegancko ubrany. Jasny płaszcz, marynarka, dobre krawaty, które wybierała żona. Przestrzegał punktualności. Nie spóźniał się, aczkolwiek z racji stanowiska sekretarza redakcji mógł regulować swój czas dowolnie. Zawsze o tej samej porze jadł kanapkę na drugie śniadanie. Nikt wówczas nie pukał do drzwi jego pokoju.Nie miał samochodu ani prawa jazdy. Każdego dnia punktualnie o godzinie 14.00 dzwonił do znajomego taksówkarza. Pod redakcję podjeżdżała taksówka, ale nie po to, by zabrać „Jędrusia” do domu (mieszkał w Marynarzu). Odbywał trasę do Mazowieckich Zakładów Rafineryjnych i Petrochemicznych. Tam w biurze projektów pracowała żona, z zawodu ekonomistka. Razem wracali do miasta. Czas u państwa Millerów płynął ustalonym rytmem. Do piątku od 8.00 do 14.00 praca. W sobotę spacer na Tumy zakończony kawą i kremem sułtańskim na tarasie kawiarni PTTK (dzisiaj Hotel Starzyński), albo w kawiarni „Hortexu” na Tumskiej.W niedzielę przyjmowano gości, najczęściej znajomych pani Ani. Ona była głową domu. Zimą obowiązkowo Zakopane. Żadne z małżonków nie jeździło na nartach, ale rozmowy o wyjeździe w Tatry zaczynały się już w październiku. Zakopiańska gospodyni była niemal członkiem rodziny. Spacerując każdego dnia po Krupówkach robili zakupy, z których właścicielka drewnianego domu przygotowywała obiad.Spokojny, przyglądający się wszystkiemu trochę z boku, nie irytował się ani wdawał w dyskusje. Nikomu w drogę nie wchodził. Wykonywał pracę, bez której gazeta nie mogłaby istnieć. Kiedy przeżywał ciężki moment w życiu (choroba i śmierć matki) jeszcze bardziej angażował się w utrzymanie tytułu. Współpracownicy się zmieniali, odchodzili, on trwał. – Jestem dumny, że przypadł mi w udziale wieloletni zaszczyt pracy w Tygodniku Płockim. Gazeta miała szczęście do wielu wspaniałych i wybitnych ludzi – powiedział podczas jubileuszu 40-lecia gazety. Po śmierci żony pan Jędrzej wyraźnie przygasł. Odwiedzał jeszczeredakcję w każdy wtorek, przychodząc po nowy numer gazety. Coraz mocniej pochylony, mniejszy. Zmarł po krótkiej chorobie w szpitalu na Winiarach. Pożegnaliśmygo 26 stycznia, w zabytkowym kościółku na Cmentarzu Bródnowskim. Spoczął obok żony.

Pożegnanie Jędrzeja Millera (1937-2021)

Lena Szatkowska

Fot. arch

Reklama