Inteligentna Granica 2022 czy 50 tysięcy ton stali i droga donikąd

Inteligentna Granica 2022 czy 50 tysięcy ton stali i droga donikąd

Ostatnio hasła „mur na granicy” i „urządzenia perymetryczne” stały się wytrychem medialnym decydentów, którzy tłumaczą, iż dzięki temu granica będzie szczelna. Otóż nie będzie, gdyż zamiast dronów, sztucznej inteligencji i systemu zarządzania kryzysowego będziemy mieli 50 tysięcy ton stali, tysiące marznących żołnierzy i trochę perymetrii.

Zamiast propagandy – trochę faktów i matematyki

Przypomnijmy: planowany mur graniczny będzie miał długość tylko około 180 kilometrów na ponad 400 kilometrów granicy z Białorusią. Nie obejmie nawet 45% długości białoruskiej granicy ze względu na bagna czy rzeki. Białorusini, zdając sobie sprawę z tej luki, już zaczęli sprawdzać szczelność polskiej granicy w odcinkach rzecznych i bagiennych (jak podaje 18. Dywizja Zmechanizowana), zaś migranci zaczęli forsować Bug na pontonach. A co będzie latem, jak poziom wody opadnie i będzie można Bug przejść tu i tam wpław? Nikt też nie udzielił odpowiedzi, ile będzie nas kosztować ochrona pozostałych 220 kilometrów granicy z Białorusią. Być może trzeba będzie „dorzucić” kolejny miliard złotych lub więcej. Poza tym jak życie pokazuje (choćby w Melilli), pokonanie 5,5-metrowego płotu nie jest żadnym problemem dla migrantów.

Rząd nie przedstawił też planu na wypadek, gdy temat migracji rozleje się na granice z Rosją i Ukrainą, co również jest prawdopodobnym scenariuszem. Zatem z 1,6 miliarda złotych latem mogą się zrobić 3 albo 4 miliardy a może i więcej miliardów.

Kolejnym niewygodnym problemem jest to, iż do ochrony tylko białoruskiej granicy przeznaczono w zasadzie całe wojska operacyjne. Stąd od pewnego czasu w mediach nie pojawia się informacja, ilu żołnierzy jest na granicach, bo wraz z rotacją z koszar wyjechały prawie wszystkie polskie dywizje. Powstaje pytanie: czy trzymanie kilkunastu tysięcy żołnierzy zawodowych na granicy wschodniej nie jest specjalną grą operacyjną Rosji, nakierowaną na wymęczenie wojska zawodowego przed prawdziwym wyzwaniem, jakim może być agresja na Ukrainę lub kraje bałtyckie? To bardzo prawdopodobne.

Tajemnicą poliszynela jest też, że gdyby podobne natężenie migracji nastąpiło na granicy rosyjskiej lub ukraińskiej, będziemy musieli prosić inne kraje o pomoc, bo więcej siły żywej, niż jest na granicy z Białorusią, nasze Siły Zbrojne nie mają. Nie wiadomo też, jak długo będzie trwał kryzys na granicy. A co jeśli rozłoży się nie na miesiące, ale na lata? Czy obecny rząd stawia na trzymanie tysięcy żołnierzy na granicy przez cały ten czas? Nawet opozycja nie pali się do tego typu pytań skierowanych do rządzących, bo sama pomysłu na rozwiązanie problemu nie ma, poza bieganiem z reklamówkami wzdłuż i wszerz pasa granicznego.

Patrząc na same liczby z granicy, można wysnuć wniosek, że jej ochrona jesienią nie okazała się ani tak szczelna, ani tak sprawna, jak ją przedstawiają decydenci. Jak szacują polskie służby w osobie Stanisława Żaryna (wypowiedź z 9 listopada), na Białorusi przebywało non stop około 12–15 tysięcy migrantów. Jednocześnie policja niemiecka wydała oświadczenie, iż przez cały październik niemiecką granicę nielegalnie przekroczyło 5380 migrantów przybyłych z kierunku białoruskiego, zaś od 1 do 9 listopada – kolejne 1246 migrantów. Fala ta opadła na skutek mrozów, ale z prostej matematyki wynika, że mniej więcej 30–35% migrantów z Białorusi miało okazję dostać się przez całą Polskę do Niemiec. To nie są liczby odstraszające dla dalszych eskapad migrantów. W sumie do Niemiec do początku grudnia przedostało się ich prawie 11 tysięcy. Ilu do innych krajów – nie wiadomo. A co, jeśli się okaże, iż w okresie wiosenno-letnim do Niemiec, mimo muru, dotrze 50 tysięcy migrantów? Mit o jakiejś ochronie granic europejskich przez Polskę pryśnie jak bańka mydlana. I zostanie wstyd.

Chiński mur, perymetria i oczekiwany cud

Warto zwrócić uwagę, iż na konferencji prasowej 4 listopada w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji (MSWiA), z udziałem ministra Mariusza Kamińskiego, dosyć szczegółowo określono, że sam koszt budowy zapory szacowany jest na 1,5 miliarda złotych, a kolejne 115 milionów mają kosztować urządzenia techniczne. Z całą stanowczością można stwierdzić, że 115 milionów złotych nie pozwoli nawet na cienką techniczną linię ochrony całej 400-kilometrowej granicy z Białorusią. I raczej jest planowane tylko na 180 kilometrów samego muru. A co z resztą? A co, jeśli kryzys migracyjny rozleje się na kolejne granicę? Znowu pojawiają się te same pytania.

Wspominając o urządzeniach perymetrycznych, decydenci zapewne mają na myśli system AMSTA firmy Mindmade z Grupy WB Electronics. Podpisała ona w 2019 roku ze Strażą Graniczną umowę na dostawę sześciu tych zestawów za sumę około 4 milionów złotych, z opcją rozszerzenia o kolejne cztery zestawy. Warto wspomnieć, że sam system AMSTA nie powstał jako przeznaczony do celów ochrony granicy, a dla Straży Granicznej został on odpowiednio zmodyfikowany. Skonstruowano go z myślą o wojsku, o ochronie baz, lotnisk czy kluczowych obiektów. Jest to bardzo rozbudowany system (można go na przykład łączyć z polem minowym), którego elementy zainstalowane w terenie (czujniki sejsmiczne, kamery, bariery mikrofalowe,drony obserwacyjne) dająwiele możliwości. Trzeba dodać, iż urządzenia te bazują naunikalnych, polskichi opartych na sieciach neuronowych algorytmach obróbki sygnałów inajnowocześniejszych rozwiązaniach z zakresu łączności. Całość systemu może byćmobilna, quasi-mobilna i stacjonarna, tyle że „mobilność” oznacza dwa – trzy dni przenosin systemu. Pytanie, czy tak bogato wyposażony system AMSTA chce kupić rząd?

Z wyliczeń matematycznych wychodzi, że nie, że raczej chodzi o uboższą wersję. Wynika to z systemu sieci czujników akustyczno-sejsmicznych ASS i stroboskopowych czujników obrazowych PSS. Gęstość siatki ASS zależy od odległości, na której ruch sejsmiczny może być skutecznie analizowany. Obecnie jest to około 75 metrów dla ludzi, co oznacza, że czujniki muszą być rozmieszczone w siatce o rozstawie nie większym niż 150 metrów. Łatwo policzyć, że liczba czujników na całej długości granicy powinna wynieść… 5 tysięcy, zaś dla samego 180-kilometrowego muru – połowę z tego, przy założeniu, że Straż Graniczna jest zainteresowana stworzeniem dwóch linii detektorów. Oznacza to, iż rząd raczej nie kupi bogatej wersji całości systemu.

AMSTA ma jeszcze jedną wadę, o której się niemówi – zasięg jego działania to góra kilkaset metrów od granicy, zatem system nie będzie widział, co się dzieje 1–5 kilometrów za granicą białoruską. Także jeśli chodzi o wykrywanie działających po polskiej stronie granicy przemytników migrantów do Niemiec system de facto pozostanie bezradny. Nie przewiduje się jego oddziaływania 10–20 kilometrów w głąb własnego terytorium. Wielką niewiadomą jest także to, czy w skład systemu wejdą drony. Bez ich wsparcia, w przypadku wielkiego kryzysu migracyjnego, system traci sporo ze swojej przydatności.

W tym miejscu jeszcze raz warto podkreślić pewne liczby: 1,5 miliarda złotych z polskiego budżetu na budowę stalowo-betonowego muru o wysokości 5,5 metra, który migranci i tak pokonają, i tylko 115 milionów na rozwiązania techniczne wspierające Straż Graniczną. A można odwrotnie.

Technika, głupcy, technika

Nie wiadomo, dlaczego rząd, który twierdzi, iż od czerwca pracuje nad sytuacją, nie ogłosił przetargów na nowoczesny sprzęt dla Straży Granicznej, nie zamówił dronów czy systemów sztucznej inteligencji. Nie postawił na nowoczesną technikę, i to tę, która jest z półki dostępna w Polsce. O systemie perymetrycznym AMSTA już wspomniałem. Ale nie on jeden potrzebny jest na granicy. Przede wszystkim potrzebne są drony i System Zarządzania Kryzysowego. Przypomnę: obecnie Straż Graniczna ma cztery (!) zestawy dronów FlyEye na całą Polskę. Poza tymi czterema zestawami Straż Graniczna nie ma nic. A polskie firmy naprawdę produkują dobre drony na światowym poziomie.

Obecnie najbardziej rozpoznawanym dronem do 2 kilogramów masy startowej, jest MyFly firmy Asseco. Niestety pomimo wygrania półtora roku temu przetargu ogłoszonego przez MON dronów nadal nie dostarczono do jednostek wojskowych i nic pewnego o nich nie wiadomo. Zatem być może mają jakąś wadę bądź nie przeszły wymaganych testów. Nieznana jest przyczyna tej sytuacji.

Ciekawym rozwiązaniem w tym zakresie może być dron lądowo-powietrzny X-Tankcopter firmy B-technology z Rzeszowa o masie około 1,6 kilograma. Wprawdzie obecnie lata jego wersja cywilna, ale w parę miesięcy można go dostosować do wymagań Straży Granicznej. Dron ma tę zaletę, iż poza możliwością półgodzinnego lotu jest zdolny do poruszania się na gąsienicach i obserwacji pasa granicznego z ukrycia.

X-Tankcopter II, wersja cywilna.(B-technology)

Znacznie większy wybór Straż Graniczna znajdzie wśród nieco większych konstrukcji, tym bardziej iż powstały drony wprost przeznaczone dla Straży Granicznej. Mowa o dronach działających na uwięzi, które dają możliwość prowadzenia obserwacji przez wiele dni w różnych kierunkach. Zawieszone na wysokości do 100 metrów, mogą mieć wgląd na 10–15 kilometrów w głąb terytorium Białorusi i w ten sposób rozpoznawać potencjalne kierunki przemieszczania się migrantów i wojsk białoruskich, co idealnie uzupełniało by system perymetryczny AMSTA. Obraz z każdego drona tego typu można podłączyć do dowolnego centrum dowodzenia lub nawet zwykłego laptopa.

Takiego wyspecjalizowanego drona dla pograniczników stworzyła już dwa lat temu firma Euro Projekt z Krakowa. Jest on umieszczony na samochodzie Iveco 4 × 4, ma zdolność wznoszenia się na uwięzi do wysokości 100 metrów i dzienno-nocnej obserwacji terenu.

Nieco bardziej mobilną konstrukcję prezentuje dron CableGuard firmy FlyFocus, gdyż można go wozić dowolnym samochodem terenowym. Potrafi on nie tylko działać w zawisie, ale może ten zawis wykonać na światłowodzie. Co ciekawe, można drona w każdej chwili odczepić, aby działał dalej w locie swobodnym. Dron ten może też zrzucać (lub ustawiać na ziemi) lekkie ładunki – do 3 kilogramów. Można go nabyć „z półki” lub też dostosować do wymogów klienta w kilka miesięcy, pod względem zarówno głowicy, jak i udźwigu. W ostateczności dron ten, po przeróbkach, może nawet służyć jako mobilna radiostacja MANET.

Dron firmy FyFocus. Jak mnie zapewniono, dron może po pewnych modyfikacjach nie tylko widzieć w dzień i w nocy, ale też jego zasięg obserwacji może sięgać do 15 km w głąb Białorusi.(FlyFocus)

Atrax-Horus to kolejny dron produkcjipolskiej – Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych. Do tej pory służył głównie szkoleniu operatorów dronów w Wojsku Polskim, ma jednak on spory udźwig, czas lotu do 45 minut i możliwość nie tylko obserwacji terenu, ale też zrzucania granatów dymnych lub gazowych czy znakowania tłumu ludzi. Inną propozycją dla Straży Granicznej mogą być drony Ares i Hermes firmy Spartaqs. Są to drony o zasięgu lotu mniej więcej 15 kilometrów i udźwigu około 5,5 kilograma. Nie jest jednak pewne, czy mogą działać w zawisie.

Dronoid Hermes V8M.(Spartaqs)

Inteligentna Granica 2022 czy 50 tysięcy ton stali i droga donikąd

Prezentowane wyżej produkty to nie cała oferta polskiego przemysłu w zakresie dronów pionowego startu. Jest jeszcze kilka firm produkujących tego typu urządzenia, które mogłaby nabyć Straż Graniczna, aby zastąpić dronami setki zgromadzonych przy granicy żołnierzy.

Zakup 30–50 tego typu dronów na uwięzi i rozstawienie ich wzdłuż całej wschodniej granicy pozwoliłoby ją monitorować w całości w czasie rzeczywistym i to 10–15 kilometrów w głąb Białorusi. Koszt tego przedsięwzięcia to około 50–60 milionów złotych (mniej niż 5% kosztów muru). Wojsko czy Straż Graniczna nie musiałyby się uganiać za migrantami, gdyż dalekosiężne przyrządy optyczne na tego typu dronach uprzedzałyby o miejscach ich koncentracji lub nadchodzących próbach przełamywania granicy. Wystarczyłyby alarmowe grupy interwencyjne żołnierzy, reagujące już w miejscach wskazanych przez sztuczną inteligencję jako zagrożone i drony, które w miejscach zagrożonych jako pierwsze zrzucałyby gaz łzawiący czy inne środki odstraszające.

Przy okazji powstaje pytanie o sens kupowania przez Straż Graniczną dalszych wież obserwacyjnych, które nie dość, że są droższe od dronów, mają mniejszą wysokość obserwacji (35 metrów i 50 metrów) i słabsze urządzenia obserwacji, budowane są jako obiekty stałe, zatem wiadomo, gdzie się ich spodziewać i jak je zasłonić, np. zasadzeniami nowych drzew czy sztucznym dymem, że o kosztach eksploatacji takich masztów nie wspomnę.

Inną rolę odgrywać powinny samoloty bezzałogowe. Tutaj naturalnym powinno być zwiększenie liczby FlyEye’ów w Straży Granicznej, tak aby jednocześnie można było by ich mieć 4–6 w powietrzu non stop. Są to sprawdzone drony. Ale i im rośnie konkurencja, jak choćby dron pionowego startu Lemur. Właśnie kończy on próby lotów i rozpoczyna proces certyfikacji. Jego zaletą jest to, iż może latać nawet powyżej 10 godzin, ale nie potrzebuje ani katapulty, ani lotniska.

Zakup 10-12 zestawów tego typu dronów pozwoliłby Straży Granicznej nie tylko kontrolować strefę nadgraniczną, ale także obserwować na dużych obszarach potencjalnych przemytników ludzi i samochody służące do tego typu zadań. Uzupełnieniem floty mógłby być najnowszy wyrób WB Electronics – dron FT-5 który poza głowicami optoelektronicznymi może być wyposażony w sensory COMINT/ELINT, a nawet uzbrojenie.

Lemur – konkurencja dla FlyEye’a, w stosunku do którego ma większy udźwig i dłuższy czas lotu.(Flyfocus)

W tym miejscu warto wspomnieć, iż patrolowanie granicy przez nowoczesne drony powietrzne jest równie skuteczne co patrolowanie jej przez samoloty czy śmigłowce, ale koszty eksploatacji są kilkadziesiąt razy mniejsze. Zatem powstaje pytanie: skoro Straż Graniczną stać na zakup (ze środków unijnych) samolotów patrolowych L-410UVP E-20 (109,8 miliona złotych w roku 2019) oraz śmigłowców Robinson R-44 i Airbus H135, to dlaczego nie stać było jej do tej pory na zakup dronów obserwacyjnych? W przeciwieństwie do śmigłowców czy samolotów mogłyby one objąć jednocześnie obserwacją całą wschodnią granicę RP (!), tym bardziej iż na to fundusze w UE się już pojawiły.

Uzupełnieniem dla Straży Granicznej dronów powietrznych czy powietrzno-lądowych powinny być typowe drony lądowe. Najbardziej znany w tej kategorii jest wyrób ZM Tarnów – kołowy robot Perun o masie około 900 kilogramów. Został on wprawdzie skonstruowany jako pojazd patrolowo-bojowy, ale mógłby być przystosowany w krótkim czasie do patrolowania polskiej granicy. Wprawdzie badania nad nim się jeszcze nie skończyły, ale dodatkowe fundusze mogłyby je bardzo przyspieszyć. Oprzy­rzą­do­wa­nie sen­so­rycz­ne tej plat­for­my dobra­no w taki spo­sób, aby zapew­nić moż­li­wość pro­wa­dze­nia obser­wa­cji dookol­nej oraz ste­ro­wa­nia w warun­kach dzien­nych i noc­nych, jak rów­nież w warun­kach znacz­ne­go zady­mie­nia i zapy­le­nia. Sys­tem nawi­ga­cji sate­li­tar­nej, zdal­nie stero­wa­na gło­wi­ca obser­wa­cyj­na i ska­ner 3D, pozwa­la­ją na auto­no­micz­ne dzia­ła­nie pojaz­du na dużych odle­gło­ściachsamo­czyn­ne poko­ny­wa­nie prze­szkód tere­no­wych. Co ciekawe, można na tym dronie umieścić wyrzutnie grantów łzawiących czy dymnych, a nawet niewielki zbiornik wody z armatką.

Perun – dron lądowy z Zakładów Mechanicznych Tarnów, tu z modułem uzbrojenia ZSMU-1276 A3-ZMT.(Andrzej Pawłowski, Konflikty.pl)

Innym polskim wytwórcą robotów naziemnych jest PIAP. Tutaj niestety dominują roboty do zastosowań specjalnych i ich dostosowanie do wymogów Straży Granicznej może być czaso- i kosztochłonne. Podobnie jest z robotem Rohatyniec z WAT. Gotowym zaś prototypem robota rozpoznawczo-bojowego RRB-01 w układzie 6 × 6, dysponuje WITU i polska prywatna firma Macro-System. Ma on masę około 500 kilogramów i podobną nośność, jednak zasięg (do 2 tysięcy metrów) i czas nieprzerwanej pracy na zainstalowanych akumulatorach (do 3 godzin) są niewystarczające i wymagają dopracowania. A na to nie ma znowu wystarczających funduszy, bo mają iść w stal i beton.

Ciekawą konstrukcją był swego czasu robot Lewiatan, powstały ze współpracy firmy Hydromega, WB Electronics i WAT. Prace nad Lewiatanem były zaawansowane już osiem lat temu. Niestety brak zainteresowania jakichkolwiek służb jego wykorzystaniem zakończył projekt. W tej chwili mógłby być to jeden z dwóch, trzech robotów który spełniałby funkcję patrolową na granicy. Pytanie: czy projekt ma szansę na odgrzanie? Doświadczenie wskazuje, że po tak długiej przerwie – raczej nie.

Warto dodać iż drony lądowe mogłyby być nośnikiem urządzeń LRAD (Long Range Acoustic Device), czyli wytwarzających dźwięk o bardzo wysokiej głośności, słyszalny nawet do 5 kilometrów. Jego głównym zadaniem jest emitowanie fal dźwiękowych, które odstraszają odbiorcę, wywołując bardzo nieprzyjemną lub bolesną reakcję. Takie urządzenie może zastąpić w interwencji dziesiątki funkcjonariuszy. Wprawdzie ze względu na możliwość uszkodzenia słuchu nie zostało dopuszczone do użycia w Polsce, ale ponad 75 krajów używa takich urządzeń. Można wydać przepisy, które umożliwiają użycie jego w strefie nadgranicznej.

Uzupełnieniem powyższego wyposażenia powinna być rzeczywistość rozszerzona. Obecnie w Polsce trwają pracę nad kamerami czy goglami taktycznymi AR. Gogle te mają poza wczytaną mapą, kompasem i nawigacją GPS także możliwość widzenia w nocy i w dzień, rozpoznawania twarzy czy mierzenia temperatury oraz łączność on-line z dowolnymi systemami dowodzenia i łączności. Mogą też służyć jako tłumacz z dowolnego zaprogramowanego języka, skaner dokumentów i, co najważniejsze, monitorują i przekazują na bieżąco sytuację wokół użytkownika. Poprzez tego typu gogle można też uzyskiwać pogląd z kamer dronów, kamery kolegi czy kamery z systemu AMSTA. Wyposażenie Straży Granicznej w tego typu urządzenia przeniosłoby ją o jedną generację w przyszłość. Warto dodać, iż US Army podjęła w tym roku decyzję, aby doskonalszą wersję tego typu urządzeń (rzeczywistości mieszanej) zakupić dla wojsk lądowych za sumę 21,9 milarda dolarów. A zakup 500–1000 sztuk tego gogli AR dla Straży Granicznej też nie powinien być problem.

Szczelność granicy polega jednak głównie na zarządzaniu nią i posiadania odpowiednich centrów dowodzenia wzmocnionych sztuczną inteligencją czy rzeczywistością rozszerzoną. Tutaj także można znaleźć polskie firmy, które specjalizują się w tego typu rozwiązaniach. Zanim do nich przejdziemy, trzeba uczciwie powiedzieć, iż wprowadzenie takich systemów dowodzenia i zarządzania kryzysem trwa czasami lata. Ale kto nam zaręczy, że obecny kryzys nie będzie trwał latami?

Najbardziej zaawansowaną firmą zajmującą się systemami dowodzenia jest niewątpliwie Teldat z Bydgoszczy. Posiada ona sztandarowy projekt – system Jaśmin, które odmiana, System Zarządzania Kryzysowego Jaśmin, jest niejako dostępna z półki. Jaśmin jest systemem składającym się ze specjalistycznego oprogramowania i wyspecjalizowanego sprzętu IT, umożliwiającego globalne zarządzanie kryzysowe – w tym monitorowanie stanu sił i środków wydzielonych do reagowania kryzysowego – na terenie całego kraju. System korzysta z algorytmów tzw. sztucznej inteligencji i rzeczywistości rozszerzonej. Obejmuje planowanie, wsparcie, kierowanie, koordynację i kontrolę działań, poprzez między innymi: mechanizmy optymalizacji (narzędzia kalkulacji, weryfikacji i symulacji). Co ciekawe, system ten może współpracować z wojskowymi odpowiednikami, jak HMS Jaśmin czy BMS. Poza tym można go zintegrować z dronami i bazami danych, ale też potrafi on monitorować poszczególne osoby czy podejrzane pojazdy. Oczywiście to tylko część jego możliwości.

Kolejną firmą mającą doświadczenie z rozwiązaniami tej kategorii jest Comarch, który już pięć lat temu opracował własny system dowodzenia: COMARCH C3ISR. Poza tym ma ona doświadczenie w tworzeniu chmur informatycznych i systemów sztucznej inteligencji. Jej systemy mogą, podobnie jak w przypadku Jaśmina, współpracować z dronami i rozpoznaniem satelitarnym oraz mają zdolność do przetwarzania i przekazywania danych z niemal wszystkich rodzajów środków łączności. Jest to o tyle istotne, iż takie systemy dowodzenia i zarządzania ochroną granicy można podpiąć do systemów komórkowych i wyławiać wszystkie podejrzane SMS-y czy pinezki wskazujące spotkania migrantów z przemytnikami po polskiej stronie granicy. To w krótkim czasie ograniczyłoby w zasadzie do zera przewóz nielegalnych migrantów w głąb Polski i dalej do Niemiec.

Część prezentacji Systemu Zarządzania Kryzysowego Jaśmin firmy Teldat.(Teldat)

Co do środków łączności, czas najwyższy Straż Graniczną wyposażyć w łączność szerokopasmową MANET, bardziej odporną zarówno na zagłuszanie, jak i na działania podsłuchowe. Również takie rozwiązania są dostępne w polskich przedsiębiorstwach, jak choćby w Transbicie, który w tym zakresie reprezentuje światową czołówkę. Jeszcze raz podkreślam, iż wszystkie wyżej wymienione rozwiązania powstają w Polsce i są dostępne w polskich przedsiębiorstwach. Trzeba je tylko nabyć. Zaś koszt stworzenia systemu będzie o połowę niższy niż planowana budowa muru!

Inteligentna granica – najlepszy wybór na wojnę hybrydową

Jak wspomniałem na początku, sytuacja na granicy jest tylko preludium wojny hybrydowej która nas czeka. I nie będzie to wydarzenie na miesiące, ale raczej na lata i prawdopodobnie rozleje się też na inne granice. Powstaje retoryczne pytanie – czy rząd RP ma w zapasie kolejne 20 tysięcy żołnierzy na granicę z Rosją i kolejne miliardy na kolejny mur, tym razem na granicy z Rosją lub Ukrainą? Odpowiedź jest oczywista: nie ma takich sił i środków. Aby wygrać wojnę hybrydową, jesteśmy tak czy siak skazani na inteligentną technikę, i to zarówno w mediach, jak i na granicy.

Dla przykładu: wprowadzenie dronów na uwięzi da nam wgląd na całość granicy to on-line przez całą dobę. W ten sposób łatwo będzie można obnażyć wszelkie prowokacje rosyjsko-białoruskie, pokazując je w internecie i w telewizji. Po drugie: drony pełniłyby funkcję odstraszające, gdyż przy prowokacjach strona białorusko-rosyjska nigdy nie byłaby pewna, co zarejestrowały kamery ani co potrafią drony i jak zareagują (mogą na przykład błyskawicznie wejść w przestrzeń powietrzną Białorusi, zrobić zdjęcia lub zrzucić żywność i leki i się szybko wycofać).

Przekaz medialny płynący z dronów, np. z bicia migrantów przez białoruskie służby czy innych kompromitujących tamtejsze służby wydarzeń (picie wódki, wyposażanie migrantów w petardy, a być może i broń) byłby ogromną bomba medialną. Ale to tylko jedna strona działania dronów. Drugą mogłaby być, dzięki rzeczywistości rozszerzonej i sztucznej inteligencji, identyfikacja ludzi. Za pomocą systemu można by w ciągu paru miesięcy zidentyfikować wszystkich białoruskich funkcjonariuszy będących na granicy, a także większość migrantów, szczególnie tych agresywnie się zachowujących. Psychologiczne działania tego typu mają duże pole rażenia. Na przykład piorunujące wrażenie na żołnierzach białoruskich wywierałby dron podlatujący na parę metrów od granicy i witający się z nimi po stopniu, imieniu i nazwisku oraz na przykład informujący, iż z dniem dzisiejszym mają oni, a także ich rodziny, zakaz przekraczania granicy UE. Podobne wrażenie mogłyby zrobić nagrania puszczane z dronów imitujące na przykład zbliżające się psy policyjne czy wycie wilków. To tylko niektóre efekty psychologiczne, które można osiągnąć za pomocą dronów. Z drugiej strony można by zwracać siię do poszczególnych migrantów w ich rodzimych językach lub puszczać modlitwy islamskie o odpowiednich porach.

Jak wspomniałem, powyższe systemy uzupełnione o rzeczywistość rozszerzoną i algorytmy sztucznej inteligencji mogłyby w 95% uszczelnić naszą granicę, zaś służba Straży Granicznej czy wojska ograniczyłaby się do wyjazdów interwencyjnych do miejsc, gdzie system spodziewa się prób przerwania granicy lub gdzie algorytm wyliczył, iż takie zdarzenie może nastąpić w ciągu 10–15 minut. Wtedy zamiast 20 tysięcy wojska wystarczyłyby na całej granicy 3–4 tysiące funkcjonariuszy rozbudowanej Straży Granicznej. Zamiast muru za 1,6 miliarda – lekkie umocnienia za mniej więcej jedną piątą tej sumy, uzupełnione przez drony, rzeczywistość rozszerzoną, systemy perymetryczne, systemy dowodzenia wsparte sztuczną inteligencją. Koszty tego wszystkiego wynosiłyby około 50% tego, co rząd planuje wydać obecnie na budowę muru, a urządzenia można by błyskawicznie przenosić na dowolną granice czy jej odcinek. Przeciwnik nigdy nie byłby pewny, gdzie i kiedy pojawią się drony. I najważniejsze – w sporej mierze te rozwiązania były by finansowane ze strony UE.

23 listopada w Parlamencie Europejskim przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen poinformowała, iż Polsce, Litwie i Łotwie będzie udostępnionych dodatkowo 200 milionów euro na ochronę granicy (czyli około 1 miliarda złotych). Te dodatkowe środki nie będą mogły zostać użyte na budowę płotów czy murów, ale za to na monitoring i pojazdy do patroli granicznych. A te warunki spełniają drony, co jeszcze bardziej przemawia za tym, aby Polska stawiała na inteligentne systemy ochrony granicy a nie na „Chiński Mur” i tysiące żołnierzy marznących na granicy.

Warto dodać, iż dorny i systemy kontroli granicy łatwo dostosować do wymagań wojska. Mogłyby one pełnić po cichu podwójną funkcję, zarówno instalacji Straży Granicznej, jak i instalacji wojskowych. Przy ewentualnym konflikcie zbrojnym ułatwiłoby to naszym siłom zbrojnym rozpoznanie zamiarów przeciwnika, a nawet naprowadzanie inteligentnej amunicji na wybrane cele.

Posiadanie inteligentnej granicy pozwoliłoby Polsce osiągnąć jeszcze dwa ważne cele. Po pierwsze: pokazać Europie, iż Polska jako jedyna stawia na rozwiązania tej klasy, co pozwoliłoby rozprzestrzeniać nasze produkty na inne kraje. Po drugie: osiągnąć to, co udało się Australii. Słynna akcja „ZERO chance” na nielegalne przedostanie się do Australii, skutecznie odstraszyła tych, którzy mieli zamiar dostać się tam nielegalnie. Polskie przekazy medialne z granicy z dziesiątkami dronów, systemami rozpoznawania ludzi, szybką ich identyfikacją czy obrazy dronów rozmawiających w językach migrantów, jasno by wskazywały, iż granica jest chroniona nowoczesnymi metodami, a każda próba jej przekraczania zostanie udaremniona przez urządzenia, przed którymi nie ma ucieczki.

Pozostaje tylko pytanie, czy rząd RP jest w stanie organizacyjnie ogarnąć budowę inteligentnej granicy na wschodnich rubieżach Polski? Może jednak warto ogłosić konkurs na Inteligentną Granicę i dać wolną rękę polskim firmom? One za połowę ceny budowy muru na granicy i unijne dotacje spokojnie dałyby radę temu przedsięwzięciu i zabezpieczyłyby całą granice z Białorusią, a nie tylko jej 180 kilometrów. A być może starczyłoby pieniędzy na zabezpieczenie granicy z Rosją.

Przeczytaj też: Nowy polski bwp – jaki powinien być?

Ministerstwo Obrony Narodowej, Creative Commons Uznanie Autorstwa 3.0 Polska